Czasy freudowskiej „kozetki” i stereotypu histerycznych pacjentek na niej zasiadających mamy już dawno za sobą. I chociaż podejścia terapeutyczne niekiedy bardzo różnią się od siebie, i wciąż czekamy na ostateczny projekt ustawy o zawodzie psychoterapeuty, to wybierając się na spotkanie możemy liczyć na skuteczną pomoc, bazującą na solidnych podstawach naukowych. Wygodny fotel i miła atmosfera spotkania przy kubku herbaty czy kawy są również mile widziane (przynajmniej temu modelowi są najbliższe sesje, które sama prowadzę ;)). Nie zawsze spotkania są łatwe, niekiedy praca na sesji wymaga naprawdę głębokiego zaangażowania pacjenta, za to priorytetem ze strony terapeuty są zawsze szacunek, empatia i dyskrecja.

Na terapię do mnie często zgłaszają się osoby, które skierował tam lekarz, diagnozując zaburzenia czynnościowe. Są zupełnie bezradne i chcą, by ktoś zmienił ich życie, bo same nie dają już sobie z nim rady. Terapia służy polepszeniu jakości życia pacjenta i – wbrew temu, jaki stereotyp wciąż gdzieś tam odbija się echem – osoby, które decydują się na nią są normalnymi i (co warto podkreślić!) odważnymi osobami, ktore chcą wziąć życie w swoje ręce, zamiast patrzeć jak mniej produktywnie przemija.

Nie taka zwykła rozmowa

Są nurty terapeutyczne bazujące wyłącznie na osiągnięciu wglądu, a więc poszerzaniu samoświadomości pacjenta. Moja praca wygląda nieco inaczej, bo bazuję na technikach poznawczo-behawioralnych i głębszej pracy w terapii schematu, wgląd jest tu ważnym elementem, ale nie ostatecznym celem pracy. Gdyby jednak zastanowić się tylko nad tym ostatnim, jak bardzo musimy być nieświadomi pewnej prawdy o nas samych, że potrzebujemy oceny kogoś obiektywnego (psychologa) z zewnątrz? Do tego terapia rzadko ogranicza się do kilku/kilkunastu sesji. Zatem gdyby psychoterapia była prostym procesem, bazującym na pogawędkach (co zdarzało mi się słyszeć, z ust osób deprecjonujących ten zawód) każdy bez problemu mógłby zrobić ją sobie sam. Wystarczyłby poradnik samopomocowy, których znajdziemy w księgarniach na pęczki. Tymczasem psycholog zdobywa swoje kompetencje przez conajmniej 5 lat studiów, następnie kolejne kilka lat szkoleń, które prywatnie opłaca, plus praktyki, staże, superwizje i obowiązkowo stałe podnoszenie kompetencji – czy naprawdę chciałoby się komuś w to angażować, gdyby proces terapii był tak prosty i tak oczywisty? Nie sądzę.

Miałem „normalny” dom

Pracuję przede wszystkim w oparciu o terapię schematu. Kiedy przyglądamy się genezie schematu, który stał się problemem w życiu pacjenta, często słyszę: No tak, ale nie ma rodzin idealnych albo Znam ludzi, którzy przechodzą prawdziwe traumy i nic im nie jest. Trudno z tym dyskutować. Mówi się, że narkomani zdarzają się wśród dzieci z tzw. dobrych domów. Należałoby się więc zastanowić, dlaczego?

Z mojego doświadczenia wynika, że często osoby z zaburzeniami psychosomatycznymi są przekonane, że nie mają powodu źle się czuć. Przychodzą na spotkanie zrezygnowane, zmęczone walką o szczęśliwe (tak bardzo zresztą przereklamowane w dzisiejszych czasach) życie, często z ogromnym poczuciem winy i poczuciem bycia ciężarem dla najbliższych. Powoli przyglądamy się temu i często dochodzimy do punktu, w którym wzorce szkodliwych zachowań i przekonań znajdujemy w dalekiej przeszłości.

O co chodzi z tym dzieciństwem…

Zdecydowana większość osób, gdyby je zapytać o wspomnienia z pierwszych kilkunastu lat życia odpowie, że było normalnie (pojęcie to jest generalnie dość mgliste). Pokolenie obecnych 30- czy 40-latków czasy przedszkolne może kojarzyć jako beztroskie. Grono kolegów i koleżanek do zabawy, multum zabawek, miłe panie i zero obowiązków. Większość osób nie wspomina przymusowego leżakowania, recytacji wierszyków przed grupą obcych ludzi (z których większość interesuje wyłącznie występ jego własnego dziecka), obowiązku zjedzenia stołówkowego obiadu bez względu na preferencje smakowe, przymusowych zup mlecznych czy kożuchów na mleku. Współczesne maluchy mają inne standardy w przedszkolu, ale jeśli wrócić w czasy PRL-u, bywało różnie…

Nie poruszam tutaj kwestii osobowościowych, a jedynie typowego dla ludzkiej pamięci schematu zapominania niewygodnych treści. Mówimy, że czas leczy rany i jak najbardziej są na to dowody naukowe – nasz mózg funkcjonuje właśnie w ten sposób, że w miarę upływu czasu zaciera się obraz wspomnień. Emocje przyjemne intensyfikują się, emocje nieprzyjemne szarzeją. Wspominamy spacer z mamą do osiedlowego sklepiku po gumę Donald jako magiczne wydarzenie z przeszłości. Gdybyśmy faktycznie cofnęli się o te x lat wstecz, zobaczylibyśmy szereg niuansów, które pomija nasz optymistyczny mózg. Zobaczylibyśmy szare ladę i półki, nieprzyjemną sprzedawczynię w brudnym fartuchu i czepku, zmęczoną pracą mamę, która z westchnieniem kupuje nam drobiazg, o który tak długo trzeba było prosić – bylibyśmy znów zależni, skazani na łaskę dorosłych, przerażeni możliwością ich utraty, gdyby w tłumie wyślizgnęłaby się im z ręki nasza dłoń. Tego dnia w przedszkolu za karę musieliśmy stać w kącie, wcześniej zmuszeni przed wychowawczynię do podania ręki dziecku, które nam umyślnie dokuczało. Guma Donald jest dziwnie twarda i nie smakuje już tak jak dawniej, bo nasz smak doznał przez lata mnóstwa innych, cudowniejszych doznań smakowych, ale nie mogliśmy tego porównać. Szczerze mówiąc nie wiem, dla jak wiele osób faktycznie doświadczyło beztroskiego dzieciństwa – myślę, że gdyby dobrze się temu przyjrzeć, w tym czasie było po prostu dużo miłych wspomnień, innego, wspaniałego odbioru świata, ale też było trochę cierpienia, do którego musieliśmy przywyknąć.

Nasze schematy tworzą się w pierwszych latach życia

W terapii nie chodzi o rozgrzebywanie przeszłości, o użalanie się nad swoim tragicznym losem czy obwinianiu najbliższych – chodzi o świadomość pewnych procesów i tego, jak wpłynęły na nasz rozwój i na dzisiejsze przekonania oraz schematy zachowania. Rozprawienie się ze swoimi mikro-demonami z przeszłości pomaga się od nich zwyczajnie uwolnić. Może to, co dziś przeszkadza ci nawiązywać zdrowe relacje to przekonanie, że jesteś wyjątkowy, że coś ci się szczególnego od życia należy, że musisz być jakiś, aby zyskać akceptację, itp., itd.

Takie głębokie przekonania nieświadomie kierują naszymi zachowaniami, naszymi wyborami, naszymi relacjami z innymi. Czy trzeba mieć patologiczną rodzinę, aby wykształcił się model niekorzystnych dla danej osoby zachowań? Nie. Na rozwój dziecka wpływa szereg zachowań ze strony rodziców, opiekunów, rodzeństwa, nauczycieli, rówieśników. Wystarczy, że dziewczynka dowie się o notorycznych zdradach ojca, obserwując godzącą się z tym matkę, aby wykształciło się przekonanie, że wszyscy mężczyźni zdradzają, mężczyźni nie szanują kobiet czy mężczyźnie można więcej. Konsekwencje mogą być dla niej żadne – spotka porządnego faceta, zbuduje zdrowy związek. A może być też tak, jak przytrafiło się jednej z moich pacjentek, że trafi na partnera powielającego schemat ojca. Trudno jej będzie przeciwstawić się sytuacji, postawić granice, być może odejść.

Warto podkreślić, że pracując nad taką sytuacją, nie pracujemy nad zmianą partnera, ale nad schematem, który jest niekorzystny i destrukcyjnie wpływa na życie danej osoby. Przekonanie: wszyscy mężczyźni zdradzają, a niektórzy mężczyźni zdradzają to duża różnica. W tym drugim przypadku nie ma nieuchronności wydarzeń i JA mam wpływ. Mogę coś zmienić. Nie muszę zgadzać się na to, co przyniesie los, bo mam go we własnych rękach. Sama zmiana perspektywy już dużo wnosi. Problem w tym, że nasze przekonania rzadko wychodzą tak łatwo na światło dziennie, znacznie częściej trzeba ich trochę poszukać, a niekiedy mocno się przy tym zmęczyć, bo inteligentny mózg buduje różne mechanizmy obronne, aby utrzymać wszystko w niezmienionej formie. Tak działamy 😉

W poszukiwaniu terapeuty…

To jednak zajęcie dla psychologa, który cały proces przeprowadzi od początku do końca – pomagając i nie szkodząc. To drugie jest szczególnie ważne – słuchając niektórych historii pacjentów, którzy decydują się na zmianę terapeuty, niekiedy wbija mnie w fotel… manipulacje, niepozorne łamanie etyki zawodowej czy brak dystansu do perspektywy pacjenta mogą być niekorzystne w skutkach. Niestety znam terapeutów, którzy w ten sposób zniszczyli wartościowy związek, rozpadła się rodzina… Dlatego ten zawód wymaga tak dużej empatii i szacunku do drugiej osoby, do jej wyborów i wartości. Celem terapeuty jest pokazywanie Pacjentowi różnych możliwości, wspieranie go w pracy nad celami terapii, a przede wszystkim powstrzymywanie się od doradzania, a tym bardziej sugerowanie rozwiązań najlepszych z perspektywy terapeuty (zawsze narażonej na subiektywizm). Osobiście uważam, że podstawą kompetencji są przede wszystkim mgr studia psychologiczne i dodatkowo szkolenia w konkretnym nurcie terapeutycznym. Bez szerokiej wiedzy klinicznej i praktyki w ośrodkach medycznych psychoterapia może być po prostu mało rzetelna.